Pragniemy być ludźmi, którzy przeżyli coś, czego nie chcemy przeżywać. Ludźmi, którzy stworzyli coś, czego nie tworzymy.
Udajemy kogoś kim nie jesteśmy, bo wydaje nam się, że nie mamy czasu na stanie się osobą, o której marzymy.
Część pierwsza.
Nasze wspomnienia zostały wygenerowane.
„Dołącz do wiralowego trendu zdjęć w śniegu stworzonych przez AI w mediach społecznościowych! Prześlij swoje zdjęcie na [nazwa strony], aby przekształcić je w śnieżną scenę jak z filmu — z realistycznym opadem śniegu, miękkim światłem i mroźnym zimowym blaskiem.”
Zimą 2025 roku w mediach społecznościowych sporą popularność zdobył trend polegający na publikacji swoich portretów w zimowej scenerii. Fotografie były w istocie magiczne, szkoda tylko, że nieprawdziwe.
Żadna z tych osób nie odwiedziła państw Skandynawii, by zapozować na tle zasypanego śniegiem krajobrazu i widocznej na niebie zorzy polarnej. Żadna z nich nie musiała marznąć mimo braku szalika czy czapki. Nie musiała nawet wychodzić z domu. Nie musiała ruszać się z kanapy. Ale za pięćdziesiąt lat nikt nie będzie o tym pamiętał.
Co jakiś czas wyciągamy stare albumy i oglądamy zdjęcia, które robili nam nasi rodzice, gdy mieliśmy po parę lat: tu uczyliśmy się jeździć na rowerze, tutaj świętowaliśmy nasze trzecie urodziny, a tamtego dnia mieliśmy pasowanie na ucznia w pierwszej klasie podstawówki.
Część z nas ma możliwość sięgnięcia także po albumy naszych rodziców – gdzie zdjęcia nierzadko są czarnobiałe i mało wyraźne – a oni wtedy opowiadają nam: tu stoją z koleżanką ze szkoły, którą bardzo lubili, tutaj jest ciocia, której pewnie nie pamiętamy, a tamtego dnia tata wrócił z wojska.
Na wielu zdjęciach nie wyglądamy dobrze, niektóre są rozmazane, za ciemne lub za jasne, wszystkie jednak przestawiają prawdziwe wydarzenia.
Na oglądanych przez nas zdjęciach jesteśmy my, nasza rodzina i przyjaciele, nawet jeśli większości tych osób nie pamiętamy, a wiele z zachowanych na odbitkach wspomnień zatarło nam się w pamięci.
Urodzone dziś dzieci otworzą album za dwadzieścia lat i nie będą miały takiej pewności.
O ile w ogóle będą posiadały zdjęcia w fizycznej formie.
Ze wszystkich kont, które posiadałem niegdyś na różnych mediach społecznościowych zostało mi już tylko jedno. To właśnie na nim przeglądałem w okolicach świąt stronę główną, kiedy wśród postów moich znajomych niespodziewanie pojawił się wpis z otwartej grupy z prośbą rodzica, by za pomocą ChataGPT przerobić dołączone do postu zdjęcie dziecka w taki sposób, by zyskało ono „świąteczny klimat”.
We wpisie jednej z podobnych grup zajmującej się „edycją, obróbką i przeróbką” zdjęć za pomocą sztucznej inteligencji pojawia się zdanie: „twarz ma być na wprost inaczej zdjęcia będą z zupełnie inną osobą”.
Autorka wcześniej wspomnianej prośby dostała w komentarzach mnóstwo zdjęć. Dziecko nie przypominało samego siebie na żadnym z nich. A przecież wystarczyło założyć mu na głowę czerwoną czapkę i położyć na zielonym kocu lub trzymać na tle choinki. Wtedy przynajmniej wszyscy byliby pewni, że to ono we własnej osobie.
Oficjalna wersja programu graficznego ImagePro, którego nazwę zmieniono później na Photoshop została wydana ponad trzydzieści pięć lat temu, jednak fotomontaż cieszył się popularnością już w XIX wieku – wykorzystując takie techniki jak: wielokrotna ekspozycja, drukowanie kilku obrazów i ręczne łączenie ich w jeden czy malowanie bezpośrednio na negatywie lub odbitce, tworzono zupełnie niezwykłe obrazy.
Czytając o szczegółach wykorzystywanych niegdyś sposobów, jasne jest, że powstanie programu graficznego znacząco uprościło ten skomplikowany proces, jakim było przerabianie zdjęć. W XXI wieku przeróbki dokonywane za pomocą Photoshop’a stały się normą. Kobiety biorące udział w kampaniach reklamowych przestały mieć zmarszczki, ich ciała „w odpowiednich miejscach” były szczuplejsze, by w innych „nieco zyskać”. Mężczyźni mogli pochwalić się konkretną muskulaturą, mimo że ich kontakt ze ćwiczeniami fizycznymi ograniczał się do pozowania przed kamerą.
A potem uzyskaliśmy dostęp do generatywnej sztucznej inteligencji.
Photoshop kłamał. Dzięki jego narzędziom obraz przestał być niepodważalnym dowodem na poparcie jakiejkolwiek tezy. Niezależnie jednak od stopnia jego zaawansowania, edycja w Photoshopie zawsze zakładała istnienie rzeczywistości, którą można było sfałszować. Sztuczna inteligencja nie potrzebuje rzeczywistości, ona ją tworzy. Często w zupełnym oderwaniu od istniejących form.
Na początku obraz przestał być dowodem. Teraz przestał być także wspomnieniem.
Może część z tych osób, które wzięły udział w zimowym trendzie będzie miała wnuki, a one oglądając te magiczne zdjęcia, pomyślą, że ich dziadkowie i babcie uwielbiali podróże i nie bali się przygód.
Wspomnienia nie muszą być prawdziwe, ale zdjęcia muszą być piękne.
Część druga.
Przestaliśmy tworzyć.
Opus magnum – najwybitniejsze dzieło artysty. Fragment sztuki, nad którą pracował być może większość swojego życia, jeśli nie całe. Wylał przy nim mnóstwo łez frustracji oraz radości. Wzbogaciło go ono o setki tysięcy momentów niepohamowanej euforii i równie wiele momentów zupełnej rozpaczy. Wymieniając miłości swojego życia, wymienia także swoje dzieło. Swoje opus magnum.
Na sali prócz niego są także inni artyści i inne artystki. Pisarze, malarki, rzeźbiarze, pianistki, wiolonczeliści, scenarzystki, aktorzy… wiele innych osób. Każde z nich jest dumne ze swojej pracy, mogą rozmawiać o niej godzinami. Czasem brak im słów, ale tak to już jest, gdy opowiada się innym osobom o tym, co kocha się całym sercem.
Na sali prócz nich znajdują się także autorzy i autorki, którzy nie mają nic do powiedzenia. Jednym momentem, w którym mieli styczność ze swoją pracą było wklejenie tzw. prompta, czyli polecenia do odpowiednego generatora i późniejsze wypromowanie wygenerowanej treści w mediach społecznościowych.
Ich „dzieło” zostało stworzone, by zdjęcia, które publikują na Instagramie dostawały więcej uwagi. Opus magnum zdają się być w ich przypadku własne wizerunki.
Takie to czasy.
Sztuka jest produktem, a my musimy umieć ją sprzedać.
Sprzedaż odbywa się za pośrednictwem mediów masowych, a najskuteczniej jest się tam wypromować sprzedając prywatność.
Nie wydasz książki, jeśli Twoje media społecznościowe nie mają tysięcy obserwujących.
Nikt nie będzie słuchał Twojej muzyki, jeśli nie pokażesz się na TikTok’u.
Twoje obrazy powinny być powiązane z konkretną osobą.
Takie to czasy, że trzeba samemu być wartym obejrzenia, by obejrzano Twój film.
Role zostały odwrócone. To nie praca nas promuje, nie zyskujemy rozgłosu, ponieważ stworzyliśmy coś dobrego. Producenci i wydawcy nie podejmą decyzji o współpracy na podstawie wcześniejszych osiągnięć.
Nie będziemy mieli wcześniejszych osiągnięć, dopóki nie będzie się o nas mówiło. Wszystko to przypomina zabawny paradoks, kiedy w każdej ofercie pracy pojawia się wzmianka o wymaganym doświadczeniu, którego nie mamy gdzie zdobyć.
Role zostały odwrócone. Nasze nazwisko nie staje się rozpoznawalne, ponieważ stworzyliśmy coś dobrego. Tworzymy coś, ponieważ nasze nazwisko jest znane, a my chcemy na tym zarobić. Tworzymy coś, co wcale nie musi być dobre.
O ile w ogóle tworzymy cokolwiek.
Kto jest autorem wygenerowanej przez sztuczną inteligencję książki? Kto ma prawo się pod nią podpisać?
Kto w istocie jest autorem wygenerowanego w ten sposób obrazu?
Kiedy zaczęliśmy postrzegać wpisywanie „odpowiednich instrukcji dla AI” jako część procesu twórczego? Czemu jesteśmy gotowi za to płacić?
Kiedy mowa o twórczości, mowa przede wszystkim samoświadomości autora. Artysta ma intencje, wie, co chce przekazać swoją pracą, ponosi odpowiedzialność za jej sens.
Tymczasem sztuką zaczęto nazywać twory, powstałe bez udziału żywej istoty, bez kontekstu kulturowego i historycznego, bez idei, wartości i emocji. Piosenki generowane przez sztuczną inteligencję w pewnym momencie zajmowały osiem z piętnastu najbardziej popularnych piosenek na jednej z platform do słuchania muzyki.
Nie wiem, kiedy zaczęliśmy myśleć, że coś co powstało szybko ma większą wartość niż to co sami stworzyliśmy.
Część trzecia.
Wziąłem to do siebie.
Od kiedy pamiętam zawsze dużo przyjemności sprawiało mi robienie tzw. researchu do moich powieści, czyli pogłębianie wiedzy na temat, który chciałem w nich poruszyć. Moja wyobraźnia jest spora, ale zależało (i wciąż zależy) mi, by tworzyć odpowiedzialnie.
Kiedyś poświęciłem całe godziny na czytanie o nyktofobii (lęku przed ciemnością). Przy okazji dowiedziałem się wtedy o paru innych fascynujących rzeczach wykraczających poza dany temat, o których wcześniej bym nie pomyślał. Zapewne moja wiedza zarówno o samej nyktofobii jak i pozostałych zagadnieniach jest wciąż powierzchowna, ale poza tym, że czułem się nieco pewniej pisząc niektóre ze scen, nauka nowych rzeczy sprawiła mi także przyjemność.
Teraz nie musiałbym tego robić.
Hej, czy to nie cudownie?! Miałbym wszystko podane na złotej tacy!
Cześć, chat, co, jeśli bohater mojej powieści ma nyktofobię?
Wiesz co? Wygeneruj mi tę scenę.
Wygeneruj mi całą książkę. Dlaczego miałbym pracować nad nią dziesięć lat?
Mówi się, że zrobione jest lepsze od doskonałego, zastanawia mnie po prostu, czy niektórym zupełnie nie zależy, by coś co tworzą miało jakąś wartość; czy nie zależy im, by czuć się zjednoczonym ze swoim dziełem.
Żeby czuć się zjednoczonym ze swoim życiem.
Pragniemy być ludźmi, ale wszystko wokół mówi nam, że nie mamy na to czasu, więc rezygnujemy.
