Dawniej złoci byli ludzie. Potem złote były ich serca. Teraz to telefony. Telefony, zegarki, oprawki w okularach. Adam jednak najpierw pomyślał o telefonach, bo znajdował się w jednym z bardzo nielicznie występujących tutaj sklepie znanej firmy komórkowej.
Drzwi są przeszklone, w zasadzie cała zachodnia ściana jest szklana. Nie ma tutaj regałów typowych dla sklepów, tylko stoły ustawione w sporych odstępach od siebie tak by pomiędzy nimi zmieściło się co najmniej czworo klientów. Nie było też kas – troje sprzedawców przemierzało przestrzeń budynku z tabletami w dłoniach. Firmowymi tabletami, ma się rozumieć. W złotym kolorze.
Albo raczej „golden” jeśliby zainspirować się wszechobecnymi opisami produktów w których ojczyste słowa Adama stanowiły znaczną mniejszość. Golden phone, silver shine phone i te wszystkie inne phony.
Nie żeby Adam był ksenofobem czy coś w tym stylu, znał języki, ale nie widział powodu, dla którego mieliby zastępować ojczyste nazwy tymi zagranicznymi. W końcu powstała Wieża Babel, tak? A teraz co?
Znakiem firmowym był płatek złota, a jeśli wierzyć zapewnieniom producenta i reklamom – w każdym produkcie jest chociaż jego ułamek.
Sprzedawcy nie powinni podchodzić do klientów, polityka firmy była dość niespotykana, ale oni nie mieli namawiać, nie mieli pytać, w czym mogą pomóc. Mieli być niewidzialni i pojawiać się wyłącznie obok zdecydowanych klientów. Byli sprzedawcami i ich jednym obowiązkiem była sprzedaż.
W jaki sposób wiedzieli oni, który z klientów był zdecydowany? Albo jak to jest, że klienci nie czuli się przez nich obserwowani skoro przestrzeń nie była duża, a przecież musieli zawiesić gdzieś wzrok?
Nawet kamery były złote. Golden. Golden camer.
Mężczyzna miał wiele do zarzucenia temu co się działo, ale niech się dzieje wola nieba.
